Strona Główna » Blogostrefa » Konkurs – zabawna historia z dzieciństwa!

Konkurs – zabawna historia z dzieciństwa!

Lubisz wspominać? Cofać się w czasie do najlepszych chwil? Jesteś głównym bohaterem zabawnych anegdotek z dzieciństwa, które wspominacie przy okazji każdego rodzinnego spotkania? Mamy dla Ciebie konkurs! Opowiedz nam swoją zabawną historyjkę z dzieciństwa i zgarnij nagrodę!

 

Jego Wysokość Longin, Marcina Prokopa, to książka, której lepiej nie czytać w miejscu publicznym. No chyba, że jesteśmy odporni na krzywe spojrzenia, które niechybnie się pojawią, gdy po raz kolejny wybuchniemy głośnym śmiechem. A to przy lekturze tej książki nieuniknione…

Książka Marcina Prokopa, nie jest po prostu biografią gwiazdy. To książka, którą połyka się w całości, od razu. Zabawne opowiastki o chłopcu urodzonym w czasach PRL-U, które dla starszych są wspaniałą podróżą w czasie, a dla młodszych interesującą lekcją  ‚żywej’ historii. Prokop zrobił to, co udaje się niewielu – stworzył książkę dla każdego, niezależnie od wieku. Zabawne historie, opowiadane z perspektywy chłopca, który nieco odstawał od reszty.

Taka podróż w czasie to wspaniała zabawa, a my chcemy Was do niej zaprosić! Mamy dla Was dwa egzemplarze książki, Jego Wysokość Longin Marcina Prokopa. Co trzeba zrobić, by zgarnąć książkę?

1. W komentarzu pod tym postem, zamieścić SWOJĄ (nie pobraną z internetu, plagiaty od razu będą dyskwalifikowane) zabawną historię z dzieciństwa. Długość dowolna.

2. Zabawa trwa od 5.01.2015 – 12.01.2015, do północy. Pod uwagę będą brane wyłącznie odpowiedzi umieszczone w tym czasie.

3. Prosimy o pozostawienie adresu mailowego W TREŚCI komentarza.

4. W konkursie zwyciężą dwie osoby – autorzy najciekawszych historii, wybrane przez jury. Każda z tych osób otrzyma jeden egzemplarz książki Jego Wysokość Longin, Marcina Prokopa.

5. Wyniki konkursu zostaną podane na portalu, w tym poście, w ciągu trzech dni od zakończenia konkursu.

6. Na kontakt ze strony zwycięzców, czekamy do 3 dni, od daty ogłoszenia wyników. Później wybieramy kolejnego zwycięzce.

 

Powodzenia!

 

Wyniki konkursu

Kochani, nie łatwo było nam wybrać zwycięzców, zwłaszcza, że nagrody tylko dwie, a zabawnych historii całe mnóstwo! Cieszymy się, że mogliśmy wspólnie z Wami przenieść się do czasu dzieciństwa i powspominać. Wszystkim uczestnikom bardzo dziękujemy za wspólną zabawę!

Zwycięzcami konkursu zostają:

wwpp@onet.eu i tebacha@gazeta.pl Serdecznie gratulujemy i prosimy o kontakt mailowy w ciągu trzech dni.

 

Autor: mamnatosposob
Tagi

Komentarze 44 komentarze

  1. Justyna pisze:

    Mam młodszą siostrę , która od małego dawała mi popalić. Pierwsze wydarzenie, które rodzice wspominają do dziś miało miejsce zaraz po jej urodzeniu. Tata pojechał odebrać mamę ze szpitala ja akurat załatwiałam potrzeby na nocniku. Ponoć ,gdy tylko usłyszałam siostrę stanęłam z nocnika i zostałam bez słowa.Znając moją siostrę wcale się nie dziwię,że mnie zatkało. Drugie miało miejsce na jej roczek. Mama ładnie nas wystroiła i siostrę położyła w łóżeczku jednak cisza nie dawała jej spokoju. Kto ma dwójkę dzieci ten wie o czym pisze.Tak więc weszła do pokoju a jej oczom ukazała się katastrofa. Siostra bowiem zjadła całe ciasto, które było przygotowane na tą uroczystość a na dodatek wszystko wokół również nim udekorowała. Goście ,którzy przyszli na uroczystość dostali tylko kawę a później kolację.O dziwo jej nic nie było ale miłość do słodyczy została jej do dziś:)
    Mój adres email justynawolny@interia.pl

  2. Autumn Tea pisze:

    Do głowy przychodzi mi kilka sytuacji opowiadanych nieustannie w mojej rodzinie. Sytuacji można powiedzieć, że już legendarnych.
    Dawno temu, kiedy byłam małym brzdącem z pieluchą między nogami, tatko zrobił mi drewniane klocki. Uwielbiałam się nimi bawić, Pewnego dnia u łożyłam z nich wysoką wierzę. Była piękna, ale niestety tylko przez chwile, bo mój o siedem lat starszy wujek szybko mi ją rozwalił. Tak strasznie się tym zezłościłam, że wzięłam ciężki, drewniany klocek i cisnęłam nim centralnie w jego czoło. Chłopak tydzień chodził z bandażem wokół głowy i długo ze mną nie zadzierał.
    Kiedy miałam 6 lat brat pokazał mi pęknięcie na betonowym chodniku tuż obok naszego domu i powiedział „to ja to zrobiłem! Spadłem z drzewa i rozbiłem go głową”. Uwierzyłam mu. Moi znajomi z przedszkola byli zdruzgotani, gdy im to powtórzyłam.
    Kiedyś odwiedziła nas kuzynka. Miała wówczas 3-4 latka. Kuzynka lubiła zwierzęta i to lubiła tak bardzo, że każde z nich koniecznie brała na ręce i przytulała. Można powiedzieć, że miała śmiertelnie mocny uścisk… babcia i jej kury były niezadowolone z tej wizyty.
    Mój brat był bardzo nieznośnym dzieciakiem. Rzucał w moje włosy dziadami (łopian), przekupywał mnie, bym nie chodziła za nim na wioskę, zakopywał mnie w piaskownicy… Złośliwy był nie tylko wobec mnie. W szkole nieustannie dostawał uwagi do dzienniczka, wychowawczyni nieraz pisała ‚Łukasz wciąż ma diablika z skórą”. Jego uwagi są złotem, a to kilka z nich: „Łukasz na lekcji niemieckiego robił mostek, a potem czołgał się pod ławkami”, „Łukasz na lekcji udawał koguta. niereagowanie na moje uwagi”, „Łukasz wdał się w bójkę w imię błędnego poczucia solidarności”, „Łukasz zwisał z okna, a Marek trzymał go za nogi. Sięgał po buta zawieszonego na drzewie”.
    Moje, mojego brata i znajomych dzieciństwo było barwne i pełne jest anegdotek. Rozpisałam się już troszkę więc może poprzestanę na tych paru. 🙂

    Email: autumn0tea@gmail.com

  3. Patrycja Filipowicz pisze:

    Mam taką jedną historię z wczesnego dzieciństwa. Opowiadała mi ją mama, ja nic nie pamiętam: pewnego dnia kiedy miałam może 2 latka poszłam z rodziną do kościoła. Mój dziadek trzymał mnie na rękach a ja się rozglądałam ciekawskim wzrokiem naokoło i wypytywałam go o różne rzeczy. W naszym kościele była empora, na której było miejsce na chór. Pokazałam palcem do góry i spytałam co to jest, dziadek odpowiedział, że chór. Ja już widocznie wcześniej kojarzyłam chór ze śpiewem i zaczęłam dopytywać dziadka: -a czemu ten chór nie śpiewa? Dziadek zrobił się czerwony jak burak i milczał. Ja, widocznie, zirytowana, że mnie ignoruje i nie odpowiada, zaczęłam dopytywać jeszcze głośniej- a czemu ten chór nie śpiewa? czemu ten chór nie śpiewa?- tak głośno, że moje pytanie rozległo się echem w kościele. Dziadek cały czerwony uciekł z kościoła ze mną na ręku. Co w tym zabawnego? Wcale nie to, że się darłam na cały kościół, ale fakt, że jako dziecko nie wymawiałam „r”. Zamiast tego wymawiałam literę „j”…Możecie sobie wyobrazić minę ludzi i księdza. Dziadek powiedział, że nigdy więcej nie pójdzie ze mną do kościoła…

    email: patrycjafilipowicz@interia.pl

  4. kerocna pisze:

    Jestem łakomczuchem, dzień bez słodyczy to dzień stracony – tak mam odkąd pamiętam. W dzieciństwie ilość słodyczy była mi reglamentowana, nad czym oczywiście ubolewałam. 🙂 Gdy mój tata kupował czekolady czy wafelki i ukrywał je przede mną przetrząsałam wszystkie zakamarki byleby tylko dorwać jakieś słodkości. Pamiętam, że pewnego razu mój tata otrzymał od kogoś bombonierkę, którą postawił na komodzie bo miała na opakowaniu piękne, czerwone róże. Gdy nadeszły imieniny cioci Bożenki mój tata wziął tę bombonierkę i uroczyście jej ją wręczył. Jakież było wszystkich zdziwienie gdy po otwarciu okazało się, że bombonierka jest wybrakowana. 🙂 To była oczywiście moja sprawka – jeszcze w domu odcięłam folię z bombonierki równiutko jak od linijki, wyjęłam bombonierkę, wyjadłam z niej kilka czekoladek a resztę schowałam z powrotem do folii. 🙂 Zrobiłam to tak umiejętnie, że nikt się nie zorientował, że przy bombonierce było coś majstrowane.
    Moje zdolności związane ze zdobywaniem słodyczy rosły wprost proporcjonalnie do wieku, teraz jestem w tym mistrzem. 🙂

    Pozdrawiam
    Anna

    kalosze@wp.pl

  5. Agnieszka Mroczkowska pisze:

    Pamiętam jako dziecię zabawiłam się w pseudo fryzjerkę. Słonecznego dnia,stanęłam przed lustrem i spostrzegłam że moja grzyweczka jest za długa. No jak to,przecież tak nie można iść do szkoły. Chwyciłam za duże,czarne,kuchenne nożyczki,które akurat były w pobliżu i przycięłam delikatnie moją grzyweczkę.Spojrzałam jeszcze raz do lustra i pomyślałam ”Jest okej”. Niczego nieświadoma,że wyglądam jak ostatni idiota wyruszyłam do szkoły. Po drodze jak i również w szkole zaniepokoiły mnie uśmieszki i dziwny wzrok w moją stronę. Po powrocie do domu,gdy mama mnie ujrzała,zbladła i nie mogła uwierzyć jak doprowadziłam do takiego stanu moją grzywkę 😀 Skończyło się na tym że musiałam nosić opaskę,dopóki moja grzywka wystarczająco nie urosła.

    email: mro.agn@wp.pl

  6. Iwona pisze:

    Mam taką historyjkę z dzieciństwa 😉 Nie byłam jej jedynym uczestnikiem, było nas ok. 7 osób. Wiek taki że się na stojąco pod stół wpadało. Najmłodsza z nas miała może 3,5 roku. W naszym domu był cudowny żyrandol. Sprowadzany z rosjii, szklany z jakimiś powyginanymi ozdóbkami lub czymś takim. Rodzice dostali go na wesele i wisiał na honorowym miejscu w domu – salon. Pewnego razu nudziliśmy się strasznie bo ileż czasu można było spędzić w piaskownicy czy na rowerze prawda? Do dziś nie wiemy kto ale ktoś wpadł na pomysł byśmy zrobili huśtawkę. Problem był że nie bardzo wiedzieliśmy jak i z czego ale od czego mamy żyrandol prawda? Po cichu żeby nie zwracać na siebie uwagi przeszliśmy koło kuchni gdzie byli dorośli i poszliśmy do salonu. Nas było 7 a żyrandol ramion miał 6. Więc każdy kto wyższy chwycił jedno ramie i się huśtał. Jednak jeden z chłopaków był troszkę okrąglutkim dzieckiem więc gdy on również chwycił za żyrandol ten „nie przyzwyczajony” do takiego ciężaru został wyrwany i runął na stół;) W tedy wszyscy spanikowani rzuciliśmy się do ucieczki. Na stole została tylko najmłodsza która nie mogła zejść ze stołu. Rodzice pamiętają z tamtego tyle że ktoś rzucił do najmłodszej „teraz Ty się huśtaj”
    Jest to historia która w mojej rodzinie jest stałym elementem każdej imprezy 😉

  7. Honsia Honsia pisze:

    Mój e-mail: czytelniczka27@o2.pl

    Historia z dzieciństwa, którą często wspominam wydarzyła się, gdy miałam 3 lata. W naszym domu był remont i ściany w salonie zostały pomalowane na biało. Po malowaniu, wszyscy czekali, aż ściana dostatecznie wyschnie, by położyć drugą warstwę. Byłam bardzo ciekawa nowego koloru ścian i strasznie się zawiodłam, gdy weszłam do pokoju – był taki smutny i „brzydki”. Postanowiłam jakoś ją upiększyć. Zabrałam się do pracy, wzięłam wszystkie kredki, farby i mazaki, jakie miałam. Przyozdobiłam ścianę na tyle, ile mi sił starczyło [raczej, tam gdzie dosięgnęłam 🙂 ]. Cała ściana w przeciągu 20 min nieuwagi moich rodziców została pokryta licznymi rysunkami – kwiatków, kotków czy piesków. Według mnie spisałam się na medal. Jednak, gdy domownicy weszli do pokoju, ich miny tego nie potwierdzały. Ja nie wiedziałam o co im chodzi, cała praca na marne? Moim zdaniem pokój był o wiele ładniejszy, ale moja praca nie została doceniona. Zostało mi wytłumaczone, że swój artystyczny talent, muszę wyćwiczyć najpierw na kartce z bloku rysunkowego, a nie na ścianach. Cała ściana została pomalowana od nowa i znów była całkiem biała. A mi pozostało tylko, wspomnienie o mojej pięknej, kolorowej ścianie.

  8. Aleksandra pisze:

    a.filipowska@poczta.onet.pl

    Do dziś pamiętam moje oburzenie, gdy pani w szkole podstawowej zaznaczyła mi w dyktandzie błąd, który według mnie błędem nie był…
    Dyktando w szkole. Ocena niezbyt zadowalająca. Błąd podkreślony. Pytam
    „Dlaczego napisałaś KÓra przez Ó?” I tu pada odpowiedź, jakby nie było, w
    pewien sposób logiczna… „No jak to, przecież wymienia się na
    kOgut”… I jak tu polemizować? 🙂

  9. Ulinka pisze:

    Kiedy miałam niespełna roczek i jeździłam w spacerówce, mama
    pojechała ze mną na zakupy na rynek. Chwila nieuwagi i moje małe rączki
    złapały malutkiego żółciutkiego kurczaczka tak mocnym uściskiem, że
    sprzedawca nie chciał już go z powrotem i kazał za niego zapłacić. Droga
    do domu była daleka, kurczaczek cały czas był trzymany małymi łapkami.
    Przyjechaliśmy do domu, wszyscy myśleli, że zadusiłam maleństwo. W końcu
    jakoś go ode mnie zabrali. Kurczaczek kiedy poczuł, że został
    uwolniony, otrząsnął się i zaczął radośnie biegać. Babcia powiedziała do
    mamy, że chyba zwariowała, że niby co teraz mają zrobić z jednym
    kurczakiem no i pojechała na rynek i dokupiła jeszcze 9. I tym sposobem
    przez kilka lat mieliśmy co tydzień świeżą dostawę jaj 🙂

    Kiedy
    miałam około 2-3 latek, jechałam z mamą autobusem. Nie wiem gdzie
    jechałyśmy, ale zabrałam na wycieczkę swoją ulubioną lalę. Po pewnym
    czasie mówię: „Mamusiu, ja chcę siusiu”. Mama – przerażenie w oczach,
    nie ma w pobliżu żadnej toalety a była zima, więc nie mogła mnie
    wysadzić na trawkę. Mówi, żebym jeszcze wytrzymała a ja dalej „mamusiu,
    ja chcę siusiu”. W końcu wysiadłyśmy z autobusu, biegniemy do jakiegoś
    biurowca, na parterze toaleta zamknięta, nie ma czasu czekać na windę,
    bo ja dalej „mamusiu, ja chcę siusiu”, biegniemy po schodach na piętro,
    zziajane i upocone, mama rozbiera mnie z grubej zimowej kurtki, sadza
    mnie na toalecie i z ulgą mówi: „No to teraz możesz robić siusiu” a ja
    na to „Mamusiu, ale to lala chce siusiu.”

    urszula.lacka@gmail.com

  10. Ka Wo pisze:

    Pamiętam były to ferie, nasypało śniegu
    Z radością sanki zabrałam i na górę biegu,
    Chciałam szaleć na tym puchu, cieszyć się do woli
    Nie przejmowałam się wcale, że mnie gardło boli.
    Na górce był także wujek, na nartach szusował
    Prosiłam by dał raz zjechać, lecz on się buntował.
    Pomyślałam przechytrzę Go, gdy narty odepnie
    Nie zobaczy gdy je włożę, ale będzie świetnie!
    Cierpliwość się opłaciła, ja dopięłam swego,
    me małe nóżki (R.36) włożyłam do buta (45) wielkiego.
    I jak kot w siedmiomilowych butach wyglądałam,
    co tam wygląd, me marzenie wypełnić już miałam.
    Już powolutku zjeżdżałam z małego pagórka,
    Wtem, wypadłam z wielkich butów i w śnieg dałam nurka.
    Błyskawicznie się podniosłam, a tu wszyscy ha, ha
    Wujaszek tak chichrał mocno, aż za brzuch się łapał 🙂
    mail: kazia.wodnik@op.pl

  11. Captain_Bella pisze:

    Wspomnienie z dzieciństwa… Sporo ich jest, zawsze coś się z kuzynami i kuzynkami się wymyśliło, a, że było nas dużo, była to zgraja nie do ogarnięcia.
    Pamiętam pewien słoneczny dzień, jeżeli się nie mylę był to czerwiec. Dzielni sześcio-, siedmio- i ośmiolatkowie ruszyliśmy na podbój naszej wsi… Z resztą jak co dzień. Wpadliśmy na pomysł, aby udać się do „nawiedzonego domu”… Tak go nazywaliśmy, bo dorośli często nam wmawiali, że tam straszy. Nie ukrywam, cykaliśmy się, ale w końcu kuzyn skoczył na równe nogi i zakrzyknął: „Nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru tu siedzieć!” (Jak na ośmiolatka był całkiem odważny), więc ja, dwie moje kuzynki i trzech pozostałych kuzynów wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy w stronę budynku. Pamiętam jak się bałam… Masakra.
    Tomek (najstarszy) chwycił za klamkę i pociągnął… Zamknięta. No to już, szukamy klucza… To nic, że tak naprawdę wszyscy staliśmy w tym samym miejscu i rozglądaliśmy się wokół, ale klucza jak nie było, tak i nie ma. Więc ja jako ten największy tchórz mówiłam im, abyśmy zostawili to i poszli na „górkę” (miejsce naszych spotkań), ale oni wiedzieli lepiej. Młody tak się uparł, że w końcu wyrwał klamkę z drzwi. Nie było w tym nic dziwnego, bo drzwi były przeżarte na wylot przez korniki, ale wiecie… Szacun w grupie był.
    I nagle słyszymy jakieś szmery z krzaków… Widzimy nie wyraźny kształt poruszający się niemrawo. Ktoś wstaje i odchyla liście, widzimy niebieskie oczy i brudną twarz… Tak szybko to jeszcze nigdy nie uciekałam. Krzyczeliśmy przerażeni, biegnąc po łące. Ola (najmłodsza) wpakowała się w rów z wodą, inny wpadł prosto w błoto, a ja sama zaryłam twarzą o ziemię, bo zawinęły mi się nogi o jakiś sznurek… Widząc oczami już sporo starszych osób śmiejemy się wspominając ten bieg… Tak szybko podnosiliśmy się po upadku, że Superman pozazdrościłby nam wytrwałości.
    No ale dobiegliśmy do naszej „górki”, a potem prostą drogą do babci.
    Babunia widząc sześć małych, brudnych stworzonek załamała ręce, a kiedy poznała naszą historię wybuchnęła śmiechem. Nic nie mówiąc zagoniła nas do basenu, gdzie woda zmyła z nas bród i wspomnienie tych strasznych oczu.
    Co się potem okazało? Że ten cały pan, to był nasz wujo, którego ciężarna ciocia wysłała po rosnące niedaleko jeżyny, a ubrudził się tak, bo po drodze wpadł w jakieś błoto.
    I rzeczywiście… Po jakieś godzinie do babci przyszedł ten nieszczęsny wujek i widząc nas zaśmiał się szczerze, udając przy tym wielkiego złego potwora.
    Z perspektywy czasu było to całkiem… Zabawne doświadczenie.
    Szukający klucza do drzwi mali odkrywcy, siłacz wyrywający klamkę, mali tchórze biegnący przez pastwiska, lądujący co chwila w błocie… A na końcu „wielki i zły potwór” pod postacią kochanego wuja, który poszedł zbierać jeżyny dla ciężarnej żony… Tak. Tego się nie da zapomnieć.

    bella50654@gmail.com

  12. Misislipy pisze:

    Najzabawniejsza historia z dzieciństwa:
    Wśród wielu zabawnych historii przebija się jedna. Dzisiaj musimy się wstydzić pomysłów, ale miło posiedzieć i powspominać… Zawsze w wakacje do mnie i braci przyjeżdżał kuzyn w naszym wieku. Te 15 lat temu lata były gorące, więc w ogródku mieliśmy porozstawiane dmuchane baseny z wodą. Niestety jak to dzieciaki mieliśmy ‚genialny’ pomysł nalania wody do beczki. Kuzyn bardzo chętnie wskoczył do beczki pełnej wody. Bracia podpuszczali go i namówili do rozebrania się do rosołu. Brat wziął kąpielówki kuzyna, wyrzucił je na balkon. A biedak spędził nago w beczce resztę dnia do powrotu rodziców. Do dziś pamiętam krzyk mamy i zażenowaną minę kuzyna, który biedny grzecznie siedział w beczce.
    email: sylwucha9991@gmail.com

  13. Władyslaw pisze:

    Kiedy byłem mały, miałem może z 6 lat, wyjechałem na swoje pierwsze tygodniowe wakacje z moją grupą zerówkowiczów. Mama przygotowała mi starannie odzież, w tym bieliznę na każdy dzień i powiedziała: „zobacz, te majtki ubierasz w poniedziałek, te masz na wtorek, te na środę, tamte na czwartek,” … itd. W końcu tydzień minął, wróciłem do domu, a cała rodzina przypatrywała mi się dość dziwnie. Mama stwierdziła, że jakby trochę przytyła mi pupa i była zdziwiona, że stało się to w jeden tydzień. Ładną chwilę trwało, zanim wszyscy zorientowali się, o co chodzi. A to wszystko przez moje posłuszeństwo! No bo ja po prostu ubierałem jedne majtki w poniedziałek, drugie we wtorek, trzecie w środę, czwarte w czwartek… no i tak do końca tygodnia. 😉

    Z pozdrowieniami 🙂
    wwpp@onet.eu

  14. tebacha pisze:

    Kiedy miałam 11 lat moja rodzina jako wielodzietna została zaproszona do Teleranka na Turniej Rodzin. Jedno z zadań dotyczyło najstarszej córki, a więc mnie. Pytanie brzmiało: „Jaki jest ulubiony przedmiot szkolny najstarszej córki?” Prowadzącemu program oddałam na kartce moją odpowiedź, a rodzice mieli odpowiedzieć na głos. „Język polski” – powiedzieli jednogłośnie. Prowadzący rozwinął przed kamerą kartkę z moją odpowiedzią, by sprawdzić czy się zgadza, a tam było napisane „PIÓRNIK”…

    tebacha@gazeta.pl

  15. Jerzy Kułak pisze:

    Jako dziecko bardzo kochałam wszystkie zwierzątka. Gdy miałam około trzech lat moja kotka okociła się i zginęła. Zostawiła nam kilka małych kotków, które nie potrafiły pić mleka. Rodzice próbowali wszystkich sposobów, aby ocalić maluchy. Niestety jeden był wyjątkowo oporny. Z dnia na dzień robił się coraz słabszy, od dwóch dni nic nie jadł. Rodzice rozmawiali i zastanawiali się jak mogą mu pomóc, ubolewali nad jego stanem i twierdzili, że chyba nie uda mu się przeżyć. Usłyszałam ich rozmowę i czym prędzej pobiegłam do Mruczka. Wsadziłam mu cały łepek do miseczki z mleczkiem i tak trzymałam. Rodzice usłyszeli dziwne dźwięki świadczące o tym, że coś złego się dzieje i czym prędzej przybiegli na ratunek. Jednak nie mieli już kogo ratować… Nie, nie zabiłam tego biednego malucha. Stałam nad kotkiem i z triumfem w głosie mówiłam: „Nauczyłam kotka pić mleczko”. Kotek na początku zachłysnął się mleczkiem, ale szybko odzyskał powietrze i z racji tego, że był niezwykle wygłodniały zaczął je pić. Całą tą historię pamiętam jak przez mgłę, ale bliscy nie pozwalają mi o tym zapomnieć.
    Pozdrawiam: martalewandowska0@op.pl

  16. Katarzyna Balbierz pisze:

    Przeprowadziliśmy się z rodzicami do nowego domu. Szybko udało mi się zapoznać z topografią miasta. Szkoda tylko, że rodzice wtedy nie chcieli puszczać mnie nigdzie samej. Pewnej niedzieli wszyscy wybraliśmy się do kościoła. Szłam z przodu chcąc udowodnić rodzicom, że trafię bez problemu sama. Wyobraźcie sobie małego rudzielca, który dumnie kroczy dwa metry przed rodzicami co chwilę zerkając przez ramię. W kościele zajęłam miejsce pomiędzy dziewczynkami mniej więcej w swoim wieku. Tata zerknął tylko gdzie usiadłam i pokierował mamę na przeciwległą stronę kościoła. Grzecznie i cichutko modliłam się przez całą mszę, aż do momentu gdy ministrant zaczął zbierać na tacę. Spanikowana wyszłam z kościoła i pobiegłam do domu. Po mszy rodzice rozglądali się długo i szukali swojej córki, ale nigdzie jej nie było. Postanowili wrócić do domu z nadzieją, że właśnie tam ją zastaną. Ufff…. z daleka było widać małą rudą główkę stuloną na schodach wejściowych. Rodzice zapytali co się stało, a ja wypaliłam: „Wyszłam, bo nie miałam na bilet!”. Z przerażającej wizji zgubienia dziecka zrobiła się niezła komedia. Po dzień dzisiejszy, gdy idę do kościoła słyszę za sobą głosy: „Tylko weź na bilet!”
    Pozdrawiam:
    kbalbinka@gmail.com

  17. Magdalena pisze:

    Pamiętam jedną krótką historyjkę z opowiadań mamy.Byłam wtedy mały dzieckiem.Jechaliśmy do dziadków wraz z miom starszym bratem,mieliśmy wtedy żuka.W pewnym momencie brat krzyknął:”ooo kółko leciało”.Tata szybko się zorientował,że to koło od naszego samochodu i zaraz się zatrzymał.Na szczęście nic się nie stało ale nas odebrał dziadek i scholowali samochód na podwórko

  18. Smolarek Agata pisze:

    Historia miała miejsce ponad 20 lat temu na imieninach w moim domu. Bogato zastawiony stół, kilkunastu gości, dobre humory i JA. Wszyscy bezbłędnie celebrowali chwilę, aż tu nagle zgasło światło. Mała Agatka zaczęła przechadzać się wokół stołu z kolan cioci do wujka… Odzyskaliśmy prąd dopiero po kilkunastu minutach i jakie było zdziwienie osób, u których gościła Agatka, że ich kieliszki były opróżnione z 40% alkoholu? Okazało się, że miałam w tym ‚mocny’ interes i wykorzystałam bezświetlną sytuację.
    Zresztą to nie jedyna okazja – zdarzało mi się kilka razy opróżniać kieliszki w czasie, gdy rodzice żegnali gości.

    Faktem jest, iż nie mam pojęcia dlaczego w ogóle to robiłam, ponieważ dziś nie przepadam za mocnymi alkoholami a wódki staram się w ogóle unikać 🙂 yaagatka@o2.pl

  19. Magda Szczurek pisze:

    Historię znam z opowieści moich rodziców i babci, ponieważ sama jestem za mała, by ją pamiętać, jednak znając mój apetyt wierzę w ciemno. Obchodzę urodziny w Dzień Dziecka, fakt ten miał miejsce dzień, czy dwa przed. Moja babcia, najlepsza kucharka, zawsze zajmowała się przygotowaniem ciasta i tortu na moje urodziny. Biszkopt gotowy leżał na oknie, ja spędzałam u babci noc i bawiłam się. Babcia odpoczywała po całym dniu wypieków w sypialni, po domu biegała suczka- owczarek niemiecki o imieniu Tara. Babcia poszła do kuchni, przygotowany tort był w połowie wyjedzony! Jutro urodziny, babcia nie zdąży zrobić nowego… ileż to krzyku było! Komu się oberwało? Pierwsze podejrzenia, wrzaski i drobne klapsy w stronę biednego psa… niewinnego. Bo torcik… chciała zdegustować mała Madzia… solenizantka musi dbać o gości, co się nie potrują i musi sprawdzić, czy dobre. 🙂
    Teraz wszyscy się z tego śmieją, a ja mam wyrzuty sumienia, że to Tara oberwała.

    Magda Szczurek
    jimmyxdxd@gmail.com

  20. Maje pisze:

    Weekendy
    i wakacje spędzałam zawsze u dziadków w niewielkiej
    miejscowości. Znaliśmy się tam ze wszystkimi dzieciakami jak
    przysłowiowe „łyse konie”. Codziennie spotykaliśmy
    się na podwórkach i wymyślaliśmy sobie zajęcia.
    To
    był zwykły, gorący letni dzień. Z moją koleżanką M.
    nudziłyśmy się od samego rana. Postanowiłyśmy zgodnie udać
    się zatem nad pobliski zalew, gdzie znajdował się miejski
    ośrodek wypoczynkowy. Można tam było pomoczyć nogi w wodzie,
    pohuśtać się na huśtawkach, poszwędać się po prostu.
    Miałyśmy wtedy może z 10 lat. Czas płynął wolno, żar lał
    się z nieba usiadłyśmy na ławeczce obok domu weselnego, w
    którym sprzątano po sobotniej zabawie. Wzrok nasz przykuły puste
    butelki po „ognistym napoju” i jednocześnie wpadłyśmy
    na genialny (wówczas żarty się nas często trzymały)
    pomysł. Wzięłyśmy spod kosza opróżnioną butelkę i
    napełniłyśmy ją
    wodą z jeziorka. Zapakowałyśmy ją do
    plecaka i ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu. Droga była
    specyficzna, ponieważ na dosyć długim odcinku trasy nikt nie
    mieszkał, a mniej więcej po środku znajdowało się
    opuszczone domostwo, gęsto zarośnięte krzakami.
    Zatrzymałyśmy
    się w tym miejscu, aby zrealizować nasz niecny plan. Otóż
    zamierzałyśmy nabrać kilku starszych kolegów. Widziałyśmy
    ich kąpiących się nad zalewem i słyszałyśmy, że
    niedługo
    mają zamiar wracać z powrotem do domu. Podłożyłyśmy „podrobioną
    butelkę” , schowałyśmy się w zaroślach i czekałyśmy
    na rozwój sytuacji. Minęło jakieś 15 minut, gdy
    zobaczyłyśmy
    nadjeżdżający rower. Postać zbliżała się dosyć szybko,
    nagle usłyszałyśmy głośny dźwięk hamulca. Ktoś się gwałtownie
    zatrzymał. Spojrzałyśmy zaciekawione z ukrycia i
    ….to był
    tata koleżanki. M. zamarła – już nie było nam tak bardzo
    do śmiechu. Tata M. obejrzał butelkę z każdej strony, odkręcił,
    powąchał i ……zabrał ze sobą. My odczekałyśmy
    kilka minut
    i jakoś tak już z mieszanymi uczuciami wróciłyśmy do domu.
    Tata M. podobno nie przyznał się, że padł ofiarą mistyfikacji.
    My również nie zamierzałyśmy wracać do tej
    sprawy…ale
    trochę się pośmiałyśmy….tak po cichutku 🙂

    maje@vp.pl

  21. Wiktoria pisze:

    Opowieść usłyszałam od moich rodziców i z tego co się dowiedziałam to oni zaśmiewali się później do łez, a ja rozpaczałam nad swoim losem – jakkolwiek może robić to dziecko.
    W wieku około lat trzech, może kilku więcej, wybrałam się z moimi rodzicami, którzy byli opiekunami na koloniach, do Augustowa. I poszli ze mną na spacer. Podczas tego spaceru szliśmy takimi pawilonami, gdzie często można grać w air hokeja i temu podobne gry. Właśnie w tym miejscu stał również kolorowy koń, z nieproporcjonalną głową i ogromnym uśmiechem, który (koń, nie uśmiech), gdy wrzuciło się monetę to ruszał się bodajże w górę i w dół. Rodzice posadzili mnie na tego konia z myślą, że jako dziecko będę z tego powodu szczęśliwa (ale już wtedy moja mina niekoniecznie wyrażała zadowolenie), wrzucili monetę… A wtedy koń zaczął wydawać z siebie dźwięki, a ja dokładnie w tym samym momencie wybuchnęłam płaczem, jaki potrafi z siebie wydobyć tylko trzylatek. Rodzice w pośpiechu zdjęli mnie z końskiego grzbietu i zaczęli przytulać, ale w środku, jak się później dowiedziałam, zaśmiewali się do łez, szczególnie kiedy przypomieli sobie moją twarz w momencie kulminacyjnym przygody, czyli konia, który zaczął grać. 😀

    Wiktoria Wojciechowska
    wika052000@gmail.com

  22. Monia pisze:

    Ja rozumiem, że wielu rzeczy mozna się bać: cieni, burzy, hałasów, groźnego psa, dziwnych zabawek, klauna (jak moja siostra), lalki bez oczu (tak, tak, kiedyś dziadek mi taką podarował – psikusy zawsze sie go trzymały. Ubaw miał po pachy, ochrzan od babci też:P), Godzilli, laleczki Chucky w TV, sąsiadki… Ale uwierzycie, że można bać się… piórka? Małego, delikatnego piórka? Nie? No to uwierzcie. Ja na ich punkcie siałam totalną panikę. Co najlepsze – musiałam być już dość sporą dziewczynką, bo pamiętam tamte przeżycia. Ale czy może być coś gorszego od małego białego piórka? Ooooooo tak! Czarne piórko:D Uwierzcie mi, to co się działo, jeśli jakieś mi się „napatoczyło”, przypominało reakcję na widok atakującego nożownika:D I wcale nie przesadzam. Dziś się z tego śmieję i głowię, czemu akurat tak trywialna rzecz. Nie wiem. Ale wzbudza to mój smiech i nie tylko mój. A na pamiątkę „strachów z dzieciństwa” noszę czarny t-shirt z napisem „Nie bój się ciemności”. Nota bene wygrany w konkursie pod tytułem (zgadnijcie:P): „Czego najbardziej bałeś się będąc dzieckiem”. A jakżeby inaczej!:)

  23. Monia pisze:

    To był letni wakacyjny dzień, kiedy jedząc chyba już szóstego rożka tego dnia, zastąpiłam babci niosącej w obu dłoniach siaty z zakupami drogę.
    – Babciu, powiedzieć ci coś?
    – Co takiego? – spytała.
    – Ale dasz mi na loda? – Nic sobie nie robiłam z tego, że babci ręce mdleją. No cóż, dzieci nie znają bólu pleców, zapalenia stawów. Hulaj dusza.
    – Znowu? Ile już ich dzisiaj zjadłaś?
    – Oj babciu, ciepło jest. To jak?
    – No mów, co chciałaś powiedzieć.
    – Ale dasz mi na loda? – upewniałam się.
    – Mów.
    – Ale dasz mi na loda? – Zupełnie jak zdarta płyta:D
    – Dam. No a teraz mów.
    – Babciu… – zrobiłam najbardziej maślane oczy jakie tylko można – kocham cię. A teraz daj na loda.
    No i cóż miała kobicina zrobić? Ręce opadły jej prawie do samej ziemi, ale za spojrzenie pełne uśmiechu będę ją kochać do końca moich dni:D

    Dziś babcia jest dużo starsza, po operacji serca i walczy z rakiem. I choć czasami wydaje się zirytowana, a wręcz zgorzkniała, ja wiem, że wewnątrz wciąż bije to dobre serce gotowe uchylić nieba.
    Zaskakujące jak zabawne anegdody po latach potrafią wycisnąć z oczu łzy. To była piękna podróż do lat beztroski, dni pełnych radości. Dziękuję:)

  24. Monia pisze:

    – Babciu! – krzyk zgrozy przeszył mieszkanie. – Babciu!
    – Co się dzieje? – dobiegł z kuchni głos babci.
    – Dziadek posadził mnie na regaaaaaaaaaale… – wyłam, majtając nogami w powietrzu i jednocześnie zalewając się łzami rzewnymi.
    – Stasiek, kurna je mać, weź że się nie wygłupiaj!
    Tak to było z moimi dziadkami. On broił, niczym niesforne dziecko, ona go strofowała:P

    Innym razem:
    – Daj kawałek – rzucił dziadek na widok mojej czekolady.
    – Ale przecież ty nie możesz, masz cukrzycę – powiedziałam.
    – Cicho! Bo babcia usłyszy – szepnął nerwowo.
    – Stasiek… – dobiegło nas z kuchni wołanie babci – … ja wszystko słyszałam:D

    A jeszcze innym razem dziadka odwiedził kolega. Z metra cięty typ, ale sympatyczny. Nie pamiętam, jak miał na imię, w każdym razie tamtego dnia On dowiedział się, jak go między sobą nazywają…
    – Ktoś puka – dobiegło nas jak zwykle z kuchni wołanie babci.
    – Otworzę – zaoferowałam się, a widząc w drzwiach dziadka kolegę, wydarłam się na całe mieszkanie: – Dziadek, Konus przyszedł!
    Myślałam, że się pod ziemię zapadną:P Choć wtedy kompletnie nie rozumiałam ich zażenowania. No przecież tak miał „na imię”. Za to Konus, swój chłop, skwitował wszystko śmiechem:D

    Ach, te stare czasy…:) Piękne to są wspomnienia:)

  25. Dawid Oblizajek pisze:

    Mama opowiadała mi że któregoś lata jak byłem mały siedziałem z nią w domu ponieważ padał mocno deszcz.Oglądaliśmy coś w telewizji ale mówiłem że to widziałem choć była to na tamte czasy nowość.W tedy zapytałem mamę czy pobawimy się w chowanego odpowiedziała tak i poszliśmy się chować ona liczyła.Gdy już odliczyła zaczęła szukać w kuchni w pokoju na piętrze a ja byłem najmniej podejrzewanym miejscu w toalecie ,a dokładnie w samej wannie.Mama znalazła mnie po 5-6 minutach i powiedziała teraz ty liczysz.Umiałem liczyć do 20 więc musiałem dwa raz.Gdy odliczyłem szukałem mamy po całym domu nawet do ogródka wyszedłem.Po chwili jednak wróciłem a gdy przechodziłem obok dużej szafy do której mama zabroniła mi chodzić powiedziałem głośno ”Mamo gdzie jesteś” Lecz była cisza i wtedy powiedziałem ”kurwa” a mama była w szafie obok której stałem:D Mam jeszcze jedną którą pamiętam sam była zima a na dworzu było pełno śniegu.W domy obok mieszkało taka moja przyjaciółka którą nazywaliśmy kapustą ponieważ miała włosy zawsze ułożone przez mamę.Ale dobra przejdzmy do sedna nalepiłam z kolegą góre śnieżek które mieliśmy w nią rzucić gdy uszłyszeliśmy otwierające się drzwi kłóciiliśmy się kto trafi z zamkniętymi oczami gdy usłyszeliśmy wrzask i to nie Natalii tylko jej mamy Jacek spadł prosto na bałwana którego zrobiliśmy z rana rozwalił on brzuch i dupe a głowa spadła mu na twarz.Ona tamtej pory ma ksywe bałwan 😀 mail:warszawa2246@gmail.com

  26. Monika pisze:

    Ja mam bardzo, krótką historię, a raczej sytuację, ale było to
    bardzo śmiesznie. Kilkanaście lat temu, a nawet mogę stwierdzić kilkadziesiąt, kiedy
    do Polski wchodziły pierwsze kamery, mój Wujek Tadeusz zakupił takie cacko .
    Wtedy mało kogo było wstać na taki gadżet . Pewnego dnia wujek zebrał cała
    rodzinę, czyli moich wujków, ciocie, babcie, dziadków, kuzynów, rodzeństwo i
    zarządził wycieczkę do lasu. Oczywiście na wycieczkę zabrał kamerę, by wszystko
    filmować na pamiątkę. I tak szliśmy i szliśmy przez las oraz podziwialiśmy
    przyrodę, śpiew ptaku. W pewnym momencie dwóch moich kuzynów pobiegło naprzód,
    nagle jeden z nich zaczął głośno krzyczeć
    : Mamo samolot wylądował na krzaku, nikt nie wiedział o co chodzi. Wujek
    podbiegł do krzaka a tam siedziała sobie piękna waszka. Wszyscy pękaliśmy ze
    śmiechu bo mój kuzyn pomylił waszkę z
    samolotem, Teraz przy każdej uroczystości rodzinnej wspominamy tą sytuację.

    Mój mail: piasia71@wp.pl

  27. Karolina pisze:

    Wszystko, co najzabawniejsze w moim dzieciństwie miało miejsce za czasów przedszkola. Gdy miałam 5 lat moi rodzice postanowili zmienić miejsce zamieszkania: raz, że mieli bliżej do pracy, dwa – chcieli się w końcu całkowicie usamodzielnić.
    Pierwszy tydzień przedszkola był traumatyczny… dla moich rodziców. Byłam istotką bardzo towarzyską a w nowym mieście nie znałam innych dzieciaków, oprócz tych z grupy. Pewnego dnia, gdy moja mama przyszła po mnie wpadłam w istny szał. Zaczęłam płakać, wariować, aż w końcu chwyciłam się futryny drzwi i trzymałam najmocniej, jak potrafiłam – wszystko, żeby nie iść do domu. Przez ten napad szału wychowawczynie myślały, że jestem w domu bita, torturowana i tym podobne. Nawet wezwano moja matkę na pogadankę!
    Gdy cała ta sytuacja już umilkła zdarzyło się coś innego. Znów ze mną w roli głównej! Od dziecka miałam zapędy aktorskie. Co zostało zauważone i… Dostałam główną rolę w przedstawieniu z okazji dnia babci i dziadka. Byłam niesamowicie dumna. PIERWSZA ŚNIEŻYNKA! Rolę dopracowałam najlepiej, jak 5-6 latek potrafił. Przyszedł wielki dzień, na widowni siedzieli dziadziusiowie, babcie, rodzice. Oczywiście w tym moi. Z pełną gracją wyszłam na scenę, otworzyłam usta i… zwymiotowałam.
    Z tej historii do tej pory śmieje się cała moja rodzina.

    Pozdrawiam serdecznie, Karolina (karolina.gadek1@op.pl)

  28. Paulina Nieznajoma pisze:

    Pamiętam jak jesienią sprzątaliśmy całą rodziną ogród: grabiliśmy liście,paliliśmy je na ognisku,zabezpieczaliśmy młode drzewka przed mrozem.Niestety ja nie miałam ochoty w tym uczestniczyć.Ciągle narzekałam,żebyśmy już skończyli i wrócili do domu.Pod jednym drzewem stało duże plastikowe wiadro.Moja mama zauważyła ,że zerkam na nie kontem oka i zaproponowała,żebym sobie usiadła skoro jestem taka zmęczona.Podskoczyłam z radości i nie zwracając uwagi na co siadam przycupnęłam sobie z radością na wiaderku. I wtedy poczułam lodowatą wodę,którą co raz bardziej nasiąkały moje ubrania w „strategicznym” miejscu.Wcisnęłam się do tego stopnia w te wielkie wiadro ,że mój tata musiał mnie z niego wyciągać bo nogi zwisały mi bezwładnie,nie dotykając ziemi.Wszyscy wybuchnęli śmiechem,a ja uciekłam do domu z krzykiem.Do dzisiejszego dnia nie wiem dla c zego na naszym ogrodzie w środku jesieni stało wielkie wiadro pełne wody?Może to sprawka mojej mamy?Nie wiem. E mail: pola03081993@o2.pl

  29. Marcela Zagrobelny pisze:

    Jako, że byłam bardzo niesfornym dzieckiem, dodatkowo ze skłonnościami do zwracania na siebie uwagi, co chwilę w moim dzieciństwie miały miejsce śmieszne zdarzenia.

    Pewnego razu, będąc u babci, która mieszkała w pięknym domku z dużym ogrodem pełnym kwiatów, postanowiłam, że muszę w końcu nauczyć pływać kotkę Lulę.
    Przy ogrodzie babcia posiadała mały zbiornik na wodę, a ja niewiele myśląc, po prostu wrzuciłam kocicę do środka w myśl zasady- „najlepiej uczyć się w praktyce”. Jakież było moje zdziwienie, gdy Lula po prostu uciekła z wody, nie chciała ze mną współpracować.Po kilku następnym nieudanych próbach, uznałam, że miarka się przebrała i trzeba działać szybciej- po wrzuceniu Luli do wody, zamknęłam wieko zbiornika- w końcu (jak wtedy myślałam) to był jedyny sposób, żeby kotka babci nabyła nowe umiejętności.

    Na szczęście w pobliżu była akurat sama babcia, która widząc moją nazbyt niewinnie wyglądającą minę, wkroczyła do akcji. Dzięki niej Lula cała i zdrowa, choć nieco przemoknięta i wystraszona, znalazła się w jej ramionach. Oczywiście ja w całej sytuacji nie widziałam nic złego, dodatkowo upierałam się, że jestem tak dobrym nauczycielem pływania i dzięki mnie kotka poradzi sobie w przypadku nagłego sztormu i powodzi, które przecież tak często się zdarzają.

    Warto także zaznaczyć, że sama nie umiałam wtedy (jak jest zresztą i do tej pory) pływać.

  30. Kasia pisze:

    Jako, że lata mojego dzieciństwa przypadałały na czasy,
    kiedy jeszcze nie było komórek, komputerów i innych „zajmowaczy”
    czasu, sami z rodzeństwem organizowaliśmy sobie nasze szczenięce lata. Jedną z
    ulubionych zabaw było taplanie się w błocie zaraz po deszczu, gdy było ono
    jeszcze dość wydajne, tak by mogło ubrudzić od stóp do głów. Zawsze coś tam w
    grzęzawisku utknęło, a to gumiak,a to inna część garderoby. Zazwyczaj udało się
    odnaleźć zgubę. Ale jakież było zdziwienie mojej mamy, kiedy pewnego razu z
    błotnej zabawy wróciłam bez…. majtek, od pasa w dół tak jak mnie Pan Bóg
    stworzył. Niestety małoletniej bielizny już nie odnaleźliśmy. Od tamtej pory
    nieprzerwanie historia ta powtarzana jest przez moją siostrę na różnych
    spotkaniach rodzinnych i zapewne przekazywana będzie z pokolenia na pokolenie.
    Mój mail:chmielciaa@o2.pl

  31. Michał Orzechowski pisze:

    Wigilia, o której Wam opowiem była naprawdę niezwykła. Miałem wtedy z sześć czy siedem lat (teraz mam 39 – jejku, jak ten czas szybko ucieka), razem z młodszym bratem wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki. W końcu pojawiła się na niebie i zasiedliśmy do kolacji. Byliśmy z bratem całkiem mali więc tak naprawdę jedliśmy tę kolację czekając niecierpliwie na dzwonek do drzwi. Wreszcie jest. Ubrany na czerwono Gwiazdor z długą białą brodą. „Kto popsuł tatusiowi metrówkę?”- zapytał Gwiazdor. Na mojego brata padł blady strach, bo to przecież on był sprawcą tego haniebnego czynu. Poryczał się na całego. Potem ja musiałem chwilę z tym Gwiazdorem porozmawiać. W końcu wykonał swoje zdanie, czytaj: wręczył prezenty, po czym poprosił tatę o papierosa… Gwiazdor pali? No nic, nie moja sprawa. Gwiazdor wziął w usta papierosa, wyciągnął z pudełka zapałkę, zapalił ją… I w drodze od pudełka do papierosa zapalona zapałka zahaczyła o długą, białą, gwiazdorową brodę. Zaczęło się palić. Mama pobiegła szybko do kuchni po wodę, w tym samym czasie Gwiazdor zerwał swoją brodę i zaczął ja gasić nogami. Zapalił się dywan… Tata odruchowo wziął dzbanek z kompotem z suszonych owoców i chlusnął nim na dywan. Potem mama dogasiła ogień wodą z garnka. Udało się. Święta uratowane. I Gwiazdor uratowany a właściwie nie Gwiazdor tylko… pan Kaczmarek z siódmego… To wtedy chyba przestaliśmy z bratem wierzyć w Gwiazdora. Ja już miałem jakieś przypuszczenia, ale wtedy zostały całkiem „ogniście” potwierdzone.

    Mój mail: chufu1975@gmail.com

  32. Aneta pisze:

    Rok 1983. Mam 3 lata. Jestem z rodzicami w kościele i w pewnym momencie ksiądz podnosi kielich do góry, a ja chyba chciałam się zaangażować jak dorośli, więc stanęłam między ławkami i zaczęłam śpiewać „to lat, to lat” 😀
    wyobrażam sobie jaką minę mieli wtedy moi rodzice, i jakie myśli osoby słyszące moje modlitwy 😀

    e-mail: anetanek@interia.pl

  33. Guest pisze:

    Rok 1998 Moja kuzynka wiek 13 lat. Smutny dzień pogrzeb mojego dziadka. Rzecz działa się na małym wiejskim cmentarzu. Idziemy wszyscy w korowodzie za trumną, aż nagle moja kuzynka na cały głos krzyczy mamo patrz o Krowa. W tym momencie wszyscy pękaliśmy ze śmiechu razem z księdzem.

  34. Monia pisze:

    Rok 1998. Moja 13 letnia kuzynka. Smutny dzień pogrzeb mojego dziadka. Wszystko wydarzyło się na małym wiejskim cmentarzu. Szliśmy wszyscy w korowodzie za trumna, przygnębieni, smutni. Nagle moja kuzynka zaczęła krzyczeć na cały głos mamo patrz o krowa. W tej chwili wszyscy pękaliśmy ze śmiechu wraz z księdzem.

    E-mail botkaa30@gmail.com

  35. Monika Chyczewska pisze:

    W dzieciństwie,

    kiedy jeszcze miałam
    pieska Timiego i często wychodziłam z nim na spacer spotykałam wielu
    sąsiadów. Poznałam bliżej zwłaszcza dzieci i osoby starsze. Wśród nich była
    dziewczynka Ania, która miała pieska o imieniu Shrek. Pewnego dnia sąsiadka z
    bloku zaczepiła mnie na spacerze i mówi do mnie….”jaka ta Ania
    niegrzeczna!Ja się jej pytam jak na imię ma pies, a ona mi mówi, że srak!”
    Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, ale wytłumaczyłam sąsiadce, że Ania jej
    dobrze powiedziała, a piesek to nie srak, a Shrek taka postać z bajki!

  36. Marek pisze:

    Były wakacje…miałem ok. 10 lat, pierwszy raz w życiu pojechałem na wakacje do cioci do Krakowa. To było dla mnie coś, poznanie smaku miasta (pochodzę ze małej miejscowości) i zasad było dla mnie spełnieniem marzeń. Pewnego kolejnego pobytu w Krakowie ciocia poprosiła mnie bym poszedł do pobliskiego sklepu i kupił WEKĘ 🙂 Ja uśmiechnąłem się i zapytałem: „Z przykrywką czy bez?”. Ciocia się roześmiała i nie wiedziała o co mi chodzi. Po chwili okazało się, że WEKA to nie to samo co WEKI. Weka to bułka a weki to przetwory 🙂 Do dzisiejszego dnia podczas rodzinnych spotkań wspominamy moje weki i śmiejemy się z tego. To kolejny dowód na to, że podróże kształcą … a słowo „weka” już na zawsze utkwiło w mojej pamięci 🙂

    tlenek182@o2.pl

  37. Lidia pisze:

    Jest ciemno, ale zarazem miło i przyjemnie. Czuję to ciepło.. nie mam ochoty stąd wychodzić. Nic nie widzę. Tak na prawdę nie wiem gdzie jestem. Ale co to? Coś zaczyna się ruszać, coś ciągnie mnie na zewnątrz. Nie chcę stąd wychodzić! Aaaaaa!
    – Gratulacje, urodziła Pani śliczną córeczkę!
    No cóż.. chyba właśnie przyszłam na świat 😉

    montagne@wp.pl

  38. Paulina pisze:

    Moja siostra gdy była malutka była strasznym pulpecikiem (teraz jest dorosłym patyczakiem:))
    Mój tata często jeździł w podróże służbowe do Chin, spytał więc nas jakie prezenty chciałybyśmy dostać. Ja oczywiście zaczęłam opowiadać o lalkach Barbie, konikach, a moja 3-letnia siostra oznajmiła „Przywieź mi miąsko…” 🙂

  39. Justyna pisze:

    Zabawna historia z dzieciństwa to dla mnie temat rzeka. Zabierałam się za napisanie tego tekstu kilka dni, bo co chwilę zmieniałam koncepcję, którą opowieść wybrać. W końcu zdecydowałam się na historię mojej pierwszej miłości, a nazwijmy ją…

    SKARPETKI W SAMOCHODY

    Akcja mojej historii dzieje się na Mazurach w trakcie wakacyjnego wyjazdu z rodzicami.

    Rok: 1996 (miałam wtedy niecałe 6 lat)

    Bohaterowie: ja, Mama, Tata, mój nowy przyjaciel w adidasach i skarpetkach w samochody

    DZIEŃ 1

    Ja, Mama i Tata pierwszego dnia na wakacjach wychodzimy na spacer. Punkt docelowy: plac zabaw w mieście. Rodzice siadają na ławce, a ja rozpoczynam samodzielną zabawę w piaskownicy (warto tutaj napomnieć, że byłam dzieckiem dość nieśmiałym i bardzo samodzielnym… potrafiłam sama sobie świetnie zorganizować czas i nie potrzebowałam kompana, by się dobrze bawić).

    Stawiam babki… pierwsza, druga, trzecia… piękne! Gdy nagle moja praca zostaje bestialsko rozdeptana przez sportowe adidasy i odziane w podciągnięte do połowy łydki skarpetki w samochody nogi.

    Zrywam się do góry, ze łzami w oczach i już planuję biec do rodziców, gdy wandal staje koło
    mnie, bez słowa bierze moje zabawki i stawia babki od nowa. Z jednej strony jestem zła i chcę mu zabawki zabrać, ale z drugiej kusi mnie, żeby sprawdzić jaki będzie efekt tej wspołpracy, więc
    zostaję i budujemy razem.

    Pół godziny później ja i mój nowy przyjaciel jesteśmy nierozłączni. Rodzice próbują namówić mnie na dalszy spacer, ale ja wolę spędzać czas z moim nowym kolegą. Ma krótko obięte brązowe
    włosy, duże brązowe oczy, białą koszulkę na krótki rękawek, krótkie spodenki, skarpetki w samochody i adidasy. Najbardziej imponują mi jego posiniaczone nogi i brudna od piachu buzia:) Ja
    jako grzeczna dziewczynka zawsze uważałam, żeby się nie „upaprać”, a on jes moim zupełnym
    przeciwieństwem. Jest super! Mój najfajniejszy „podwórkowy kolega”.

    Plac zabaw opuszczam niedługo potem, ale zostaje mi obiecane, że wrócimy jutro o tej samej porze. Umawiam się więc z moim kolegą na następny dzień.

    DZIEŃ 2

    Mój przyjaciel już na mnie czeka. Bawimy się w chowanego, budujemy zamek w piaskownicy i robimy rundy po wszystkich przyrządzach na placu zabaw.

    I tak mijały dzień 3, dzień 4, aż dnia 5ego…

    DZIEŃ 5

    Jak zawsze rano przybyliśmy z rodzicami na plac zabaw. Mojego przyjaciela jeszcze nie było.
    Zaczęłam się, więc bawić sama. Kilka minut później usłyszałam znajome „Cześć!”. Podniosłam oczy do góry i zobaczyłam mojego przyjaciela… w sukience!

    – „Dzisiaj nie mogę się bawić, bo idziemy z rodzicami do babci. Zobaczymy się jutro.” – powiedział mój przyjaciel (a jak się okazało sekundę wcześniej PRZYJACIÓŁKA). Odwróciła się i pobiegła do stojącej kilka kroków dalej mamy.

    Zdziwnienie na mojej twarzy musiało być bezcenne, bo wywołało panikę u moich rodziców.
    – To Ty nie wiedziałaś, że to jest dziewczyna? – dziwiła się moja mama.
    – Przecież miała krótkie włosy, skarpetki w samochody, a innego dnia chłopięce spodnie. –
    tłumaczyłam się.
    – Ale to nigdy nie zapytałaś się jak ma na imię? – dziwił sie tata.
    – Nie powiedziała, to się nie pytałam. – skwitowałam i szybkim krokiem zaczęłam opuszczać
    plac zabaw.

    Na wakacjach byliśmy jeszcze 2 dni, ale nie chciałam już iść z rodzicami na plac zabaw. Było
    mi głupio i nie chciałam się bawić z dziewczynką, która miała całe nogi w siniakach i zadrapaniach. W moim różowym, dziewczęcym świecie damie takie zachowanie nie przystawało.

    Email:
    nthgcompares2me@gmail.com

  40. Rafał pisze:

    Przypomniała mi się historyjka z dzieciństwa, która śmieszy mnie do dziś. Niestety mojego brata już nie tak bardzo 🙂 Jako mały chłopiec bardzo lubiłem bawić się w alchemika, pirotechnika, itp. Cieszył mnie fakt, że mając 10 lat mogłem kupować petardy i inne, związane z tym, przedmioty. Sam fakt posiadania nielegalnych dla mnie „wybuchowych zabawek” podkręcał jeszcze bardziej atmosferę. Z czasem zwykłe odpalanie petard robiło się nudne. Zacząłem więc kombinować. Kleiłem kilka petard w jedną, dodawałem do nich coś co wytwarzało dym. Miałem przygotowanych kilka „bomb” (tak je nazywałem 🙂 )

    Przechodząc do sedna. Najlepiej wykorzystałem zestaw 4 małych petard połączonych w jedną. Postanowiłem je wetknąć w g*wno kota, znalezione w ogródku. Ciekawość jaki będzie efekt tego doświadczenia, wzbudził na mojej twarzy ogromny uśmiech. ODPALAM… UCIEKAM… BUM!

    Po kupie ani śladu. Zastanawiałem się czy poleciała gdzieś w kosmos, czy jeszcze dalej… Nagle do ogródka wchodzi starszy brat, elegancki, wystrojony. Miał tego dnia spotkać się ze swoją dziewczyną. Wsiada na rower i odjeżdża. Wraca po kilku minutach, cały wściekły, zaczyna na mnie krzyczeć. Nie miałem pojęcia o co chodzi, dopóki nie pokazał mi swojego buta. I już wiedziałem, że nie poleciało do kosmosu, tylko spadło na pedał jego roweru. 🙂

    rakalinowski@wp.pl

  41. Mirosława Wawrzyniak pisze:

    Ulubiona ma historia?
    Historia o kocie w butach…
    Tata mi tę bajkę czytał,
    co wieczór – opowieść snuta…

    Także o kocie, co w nocy
    podkradał buty „tatowi”
    i chodził się na sadzawce
    ślizgać zimą, ryby łowić…

    Aż przedziurawił podeszwę
    kotek nazbyt rezolutny.
    Cichcem wrócił, but odłożył
    i położył się spać smutny…

    Rano w domu awantura!
    Co się z taty butem stało?
    W rejwachu tym nikt nie zwrócił
    oka na kocinę małą…

    Ale się kotek wnet przyznał,
    że to on, że jego wina…
    A ja głupia wręcz płakałam,
    bo dobra byłam dziewczyna…

    Po tej bajce w kącie swoim
    siedziałam przez dwa wieczory,
    coś tam ściubiąc igłą, nitką
    aż do późnej nocnej pory…

    Dnia trzeciego – w domu hałas!
    Rumor jakiś, miauki, wrzaski!
    Co to? Kto to? To KOT W BUTACH
    zrobionych z bistoru w paski!

    Tak, tak, uszyłam buciki
    kotu, co się w domu chował,
    by już nie kradł ich dziadkowi…
    ot, anegdota gotowa!

    Do dziś zresztą mi rodzeństwo
    wypomina te wyczyny,
    bo kot dzieła nie docenił,
    w butach, wrzeszcząc, zwiał w maliny… 😉

    P.S.
    A dziś? Mam ponad pięćdziesiąt
    lat i… psa – on dla odmiany
    docenia moje wyczyny
    i… w ogóle jest kochany. 😉

  42. matek klapek pisze:

    Od zawsze marzyłem żeby spotkać Mikołaja, kiedyś jak w dzieciństwie wstałem w nocy akurat był w pokoju przy choince. Spytałem go o: Jaka potrawa pokrzepi Cię Mikołaju najlepiej po całym dniu
    rozwożenia prezentów?

    Mikołaj mi odpowiedział:
    Mleko 3,2% z różnymi płatkami z dodatkiem cytryny, miodu i
    żurawiny. Prosty i szybki posiłek.. Wystarczy wsypać płatki do miseczki i zalać
    gorącym mlekiem. Zmęczony po pracy Mikołaj zasługuje na to co najlepsze, a w
    głównej mierze na odpoczynek. Mleko 3.2% ze względu na zawartość tłuszczu,
    tylko takie zapewniają odpowiednią ilość bakterii w Naszym organizmie. Cytryna
    zwiększa przez nas przyswajanie mleka. 1 łyżeczka miodu źródło wszelkiego
    dobra:), żurawina chroni przed różnymi chorobami i pomoże schudnąć. Więcej nie
    trzeba, pyszny, pożywny posiłek. Płatki niech sobie wybierze Mikołaj według
    upodobania, ma do wyboru różne od czekoladowych, kukurydzianych, kakaowe,
    Müsli, po z dodatkiem cynamonu, miodowe i wszystkie jakie tylko zapragnie:)
    Teraz czas na odpoczynek, na sen…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *